w czasach gdy przeciętny kowalski dzieli się wszystkim i z każdym, gdy szesnaście osób lubi twoje drugie śniadanie, osiemdziesiąt zdjęcie płodu twojego przyszłego potomka, bardzo niewiele rzeczy potrafi umknąć czyjejkolwiek uwadze. od blisko tygodnia jestem zewsząd zalewany powyższym filmem. ba, trafił nawet na fejsbukową komercyjną gdzie zgodnie z oczekiwaniami przeszedł bez echa, wciśnięty gdzieś pomiędzy krzyżówkę z chujnią a nazistami z onr, tam gdzie jego miejsce.
ładnie sfilmowany i zgrabnie zmontowany film z jutuba o cierpieniu kogoś z drugiego krańca świata ma na mnie wpływ mniejszy niż lolcaty – koty mnie bawią, charytatywność mnie irytuje. nie daję na owsiaka, nie wspieram caritasu, nie wrzucam na tacę ofiary na nowe opony zimowe do mercedesa księdza proboszcza. nie próbuję zmieniać świata, bo mój świat jest tym co mnie otacza, tym co ma na mnie jakikolwiek wpływ.
nie należę do 99% – jeśli mam długi to dlatego, że wydaję więcej niż zarabiam; jeśli nie mogę znaleźć pracy to dlatego, że nie posiadam użytecznych kwalifikacji lub wykształcenia innego niż tytuł naukowy z wyższej szkoły tytułów naukowych za pieniądze sp. zoo – nie winię za to kryzysu gospodarczego, bo ten jest wymówką zarówno dla pracodawców jak i pracowników. nie mam też nic przeciwko wolontariatowi o ile ktoś mi zań zapłaci.
nie mój kraj, nie moja wina, nie moje dzieci, nie mój problem.
nie jestem kanapowym aktywistą klikającym ‘lubię to’ na fanpejdżu każdej organizacji “non-profit”. wolę otwarcie przyznać, że mnie to nie obchodzi niż oszukiwać siebie i ciebie, że jest inaczej. bo nie jest. obejrzenie powyższego materiału wideo nic nie zmieni. obejrzysz, wrzucisz na fejsa i zapomnisz. albo – co gorsza – postanowić pomóc, bo poczujesz, że powinieneś. że musisz.
nic nie musisz, ale na każdym kroku ktoś wmawia ci, że chcesz.